Bilans ostatnich dni

Trzy stusłówka o Warszawie, w których niewiele jest o tym mieście i rzecz mogłaby się właściwie dziać na Marsie.
Dwa opowiadania na konkurs komedia, niestety żadne z nich nie rozśmiesza wprost. Jedynie wnikliwa analiza dokonana przez czytelniczkę o nadzwyczajnie dociekliwej naturze, w dodatku czytelniczkę obdarzoną ponadprzeciętnym IQ, potwierdziła, że tekst ma charakter humorystyczny. Super! Jednak przepony nie zrywa. Smuteczek! ;( 
Dzisiaj na znak żłoby nad pogrzebanym poczuciem humoru kupiłam sobie czarną sukienkę.
Następnie zasiadłam do poprawiania powieści. Scena ma w zamyśle być tragiczna. Idę z trendem, skoro taki mam nastrój zamierzam go użyć.
Jak mi się to znów przewróci i wyjdzie komedia, to ubiorę się w tę sukienkę i na znak protestu dostanę zapalenia płuc. Ziąb u nas dzisiaj jak w psiarni.
Do napisania

Jak się pisze początek powieści?

Piętnaście razy napisałam pierwszą scenę. Jedna gorsza od drugiej. Przy szóstej wprawce nie kasowałam ot tak tekstu, byłam tak zdruzgotana swoją niemocą, że drukowałam cholerstwo, a następnie ostentacyjnie paliłam w kominku.
Wreszcie spłakałam się i taka zaryczana poszłam na długi spacer. Zastanawiałam się, jak do diaska pokazać tę bohaterkę w aktualnej sytuacji, w dodatku ten przeklęty  początek powieści powinien przypominać ogon pawia. Jak się pisze dobry początek?!
W przypływie weny wynotowałam sobie cechy bohaterki, które chciałam uwydatnić i znów zasiadłam przed klawiaturą. Napisałam szesnastą wersję.
Chciałam zapytać Cię, czy ta bohaterka zainteresowała Cię na tyle, że chciałbyś czytać o niej dalej.
Do napisania.
P.S. Od trzydziestej mniej więcej strony bohaterka, zdaniem mojego redaktora, jest interesująca. To słaby początek „spalał” moją powieść.

Droga przez mękę

 

W sprawie Kochanka zwróciłam się o pomoc do profesjonalisty.

Przyjaciele, moi zaufani beta readerzy bardzo mi pomogli, ale wciąż nie wiedziałam gdzie tkwił błąd, skoro żaden z ośmiu wydawców nie przysłał mi umowy wydawniczej.

Spuściłam głowę i zacisnęłam usta, spojrzałam na siebie w lustrze i stwierdziłam, że szkoda życia na unoszenie się dumą. Potrzebowałam mentora.

Drogowskazu, a wręcz dokładnych współrzędnych, jak dojść do celu.

Ponad miesiąc czekałam w kolejce, następnych kilkanaście dni na opinię i powieść z sugestiami poprawek na marginesach.

Przybita kompleksami, zamiast pisać, układałam puzzle. Czyżby miały stać się wypełniaczem mojego czasu? I tak do końca życia, aż oślepnę i furgolnę tym o ścianę?

Czytać też mi się nie chciało. Zamiast skupić się na treści, wynajdowałam błędy, nielogiczności, przyznając przed samą sobą, że szukanie dziury w całym jest podszyte zazdrością. Ich wydali, a mnie nie.

Tyle zmarnowanych godzin i to wszystko na nic? Kiedy ostatnio miałam czas na manicure? Mogłabym nauczyć się włoskiego. Wrócić do tenisa… klub jest za miedzą. Co noc śniła mi się sala tortur. Goła żarówka oślepiała, a kat zadawał wciąż to samo pytanie:

– Jak się nazywają twoi rodzice?!

Nie pamiętałam. Przymykałam oczy i przypominało mi się na kilka chwil, a potem znów padało pytanie, a odpowiedź ulatywała z mojej głowy.

Może zapisać się na kurs medytacji, wtedy przynajmniej lepiej by się spało?

Aż w końcu opinia o powieści przyszła na moją skrzynkę pocztową. Kliknęłam na plik, zanim się otworzył wyobraziłam sobie, jak biegam po korcie tenisowym wymachuję rakietą… czy jeszcze zmieszczę się w tamtą kusą sukienusię?

Plik się otworzył. Zaczęłam czytać:

Kasiu, muszę, niestety, stwierdzić, że pierwsze kilkanaście stron zupełnie mnie nie przekonało. To było naprawdę kiepskie. […] Przede wszystkim zaczynasz w złym momencie. […]W obecnej wersji powieść jest przegadana. […] Najgorsze jest gnanie z akcją, nie pozwoliłaś bohaterce zaistnieć, zanim włączyłaś ją w wir wydarzeń.

Zabrakło mi tchu. Gdzie ja wdekowałam rakietę? Kupię sobie nową sukienkę do tenisa, jak zaczynać to z klasą.

Wydrukowałam teks, zbiegłam do męża. Gdzieś po drodze kartki wypadły mi z dłoni i rozsypały się po schodach. Pozbierałam.

Jarek spojrzał na mnie pokiwał głową.

– Przeczytałaś!

– Tak – klucha stanęła mi w gardle.

Odebrał opinię i położył na stole. Pochylił się nad stronami.

– Wiem jak ty to odczytałaś, dlatego zwróć uwagę na to. Złapał za długopis i zaczął podkreślać:

„Materiał jest świetny. […] Widać dramat osoby. […] Gra toczy się o wielką stawkę. […] Tymczasem płynęły kolejne rozdziały, Kinga zaczęła lepiej rozumieć siebie, a ja zacząłem się naprawdę wciągać, byłem ciekaw, co będzie dalej. […] – ale całość się broniła, okazała się zajmująca, błyskotliwa […]. Problematyka jest interesująco przedstawiona (siła twórcza, niemal jak z „Krainy Chichów” Jonathana Carolla, a wszystko wyjaśnione przekonująco), w innych wątkach poruszasz równie ciekawą problematykę. […] widziałem ją  (bohaterkę) w działaniu, w bardzo konkretnej scenie, twardym środowisku.”.

Uprzątnęłam  dom od piwnicy po strych (półtoraroczne zaległości). Na tenisa nie tak łatwo się zapisać przy zimowym przepełnieniu. Kurs włoskiego mogłabym zacząć od trzeciej lekcji. Minęło kilka dni i dotarło do mnie, co właściwie powiedział mój mentor:

„Bohaterka sama zastanawia się nad sobą, więc nabiera charakteru”.

Tę złotą myśl wypaliłam sobie w mózgu złotymi literami.

Szkoda czasu na rozczulanie się nad sobą, bo roboty mam w huk i nikt tego za mnie nie zrobi, a czasu tak niewiele 🙂

Do napisania.

Błagałam kosmos o kilka gramów inteligencji

 

2016-11-04-10-23-29

Wciąż poprawiam Kochanka. Były dni, że udawało mi się przenicować sześćdziesiąt pięć stron. Czytałam je po dziesięć razy, poprawiałam w szalonym tempie.
Wreszcie zabrałąm się za dwadzieścia środkowych stron, były chwile, kiedy zastanawiał się, czy nie spalić tego fragmentu, nie przyśpieszał akcji, z drugiej strony pokazywał kawałek mojej Szwajcarii.  W przypływie weny udało mi się wykorzystać ten fragment do uwiarygodnienia fabuły. Zrobiłam z  tego dialog z mentorem.

Frunęłam przez tę powieść, mimo że pracowałam nad nią po dziesięć godzin dziennie, nie czułam zmęczenia. Kupiłam sobie sztuczne łzy, żeby ulżyć wysychającym spojówkom.
Wczoraj katastrofa. To samo dzisiaj o świcie, gapiłam się na ostatnich siedemdziesiąt stron i śliniłam jak troglodyta.


Błagałam kosmos o kilka gramów inteligencji, żebym mogła to wreszcie skończyć. Nie pomagało.


W desperacji wyszorowałam piekarnik, słuchając Vonneguta na audiobooku i zaskoczyło. Grzeję dalej.


Trzymaj kciuki, proszę.

Kochani wydawcy, przepraszam!

do-wpisu

Naszło mnie wczoraj, żeby przeczytać moją ostatnią powieść, „Kochanka żywego i martwego”. Posłałam ją już do Was, okazało się, że przedwcześnie. Dopiero teraz książka zdążyła się odleżeć.

Czytałam ją jak nie swoją. Opisy drętwe, zamiast pokazywać, opowiadam, bohaterka bez wyrazu. Autorka sili się na dowcip, to od razu rzuciło mi się w oczy. Dialogi ujdą, ale to za mało.

Siadłam wczoraj i zaczęłam przepisywać. Słowo po słowie, strona po stronie i dopiero teraz to nabiera kształtu, grozy i pojawia się napięcie.

Sporo mostów już za sobą tym knotem spaliłam, wiem, i rozumiem,  że szkoda Wam czasu na ponowne czytanie.

Mimo to postanowiłam poprawić 🙂

Do napisania.

Czekam na wydawców i zaczynam pękać

pekam

Czekam na odpowiedź wydawców teraz już w sprawie dwóch powieści. Obiecują, że to już niedługo, każą czekać, wyznaczają coraz to nowe terminy.

Jeszcze kilka dni temu czekałam biernie, teraz czekam czynnie. Nosi mnie, miejsca sobie znaleźć nie mogę. Po nocach śnią mi się już takie bzdury, że tylko książki pisać.

Sądziłam, że wytrzymam, co to jest dzień, tydzień, miesiąc czy dwa, „pisarz powinien nauczyć się cierpliwości”, wciąż mi jeden z drugim mądrym powtarza.

Znalazłam sobie nową zapchajdziurę na to rozpaczliwe czekanie. Czytam książki, a właściwie to sobie ich słucham na audio, bo oczy mam wieczorem wymęczone od wpatrywania się w ekran.

Traf chciał, że wczoraj koło dwudziestej trzeciej skończyłam „czytać” Myśliwskiego. Znów na dobranoc rzuciłam okiem na maila. Skrzynka pełna spamu, ale informacji od wydawcy, jak nie było kwadrans wcześniej, tak nie ma.

W moich uszach pobrzękiwał głos lektora i ostatnie zdanie „Nagranie zostało przygotowane pod patronatem Związku Niewidomych Polskich”, a we mnie pękło.

Z oczu polały się łzy. „Niewidomy” zabrzmiało jak wyrok. W końcu od tego przepatrywania maila zupełnie oślepnę, pomyślałam.

Do napisania.

Dziecięca wyobraźnia

 

bluefire_400_attraktion_europa-park

Spotkania ze szwajcarskimi nauczycielami zapewne przypominają te w polskich szkołach, jedyną różnicę stanowi zaimprowizowany w rogu sali barek, na którym w świetle jarzeniówek iskrzą się butelki z winem w trzech kolorach, a tace z przekąskami wywołują ślinotok.

Jednak zanim rodzice zaczną bratać się przy trzech kolorach, muszą wysłuchać opowieści o sprawach organizacyjnych, o zamieszaniu wokół zakazu używania komórek w szkole i dotrzeć do punktu programu, który  interesuje ich najbardziej – pytań rodziców.

Rzecz rozbiła się głównie o lasek, który znajduje się na posesji szkoły. To zarośnięty starodrzewiem teren nad górskim strumyczkiem, przez który prowadzi niewielki mostek. Dzieci opowiadały rodzicom o niesamowitościach, które się tam zdarzają. Ktoś uratował zaginioną staruszkę, ktoś inny odnalazł rodzinny grobowiec albo natknął się na pająka, z opisu matki wynikało, że tarantula przy tym okazie to pluszowa zabawka. Czyżby, w ferworze codzienności  rodzice  zapomnieli czasy swojego dzieciństwa?

Nauczycielka uśmiechnęła się i wyjaśniła, że z każdej długiej przerwy dzieci wracają nabuzowane i zasypują ją opowieściami z tysiąca i jednej nocy. Poradziła, żeby nie brać tych opowieści za pewnik, bo one są tylko dowodem na żywą dziecięcą wyobraźnię.

Siedząc w ławce, na przymałym krzesełku, oślepiona jarzeniówkami przypomniałam sobie czasy, kiedy wraz z osiedlową bandą godzinami leżeliśmy ukryci za krzakami z widokiem na próbne boiska szczecińskiej Pogoni i czekaliśmy, aż cementowe płyty, którymi ogrodzony był teren, rozsuną się i wyleci stamtąd latający spodek.

Jak po każdym meczu Pogoni gnaliśmy na stadion i zbieraliśmy butelki po piwsku, a za kaucję kupowaliśmy w warzywniaku, sprowadzone z NRD puszkowane brzoskwinie w syropie. Potem wmawiałam ojcu, że to dary kościelne, nie omieszkałam przytoczyć fikcyjnego opisu wypełnionej smakołykami nieistniejącej kościelnej krypty. Tata wściekłby się za te wyprawy przez płot na cudze tereny. Z drugiej strony, jak teraz o tym pomyślę, tata mógł być nawet bardziej zdenerwowany, że księżom się przelewało, podczas gdy on musiał polować na reglamentowane jedzenie;)

Uwielbialiśmy się wspinać po drzewach, ale do czasu. Któregoś razu mały Marcin poślizgnął się i spadł z drzewa. Wystraszyłam się. Brat wpadł w histerię. Sądziłam, że złamał nos. Ojciec mnie zabije! Zeskoczyłam z drzewa. Podbiegłam. Przekręciłam wyjca na bok. Po kiego diabła, pozwoliłam mu się znów przypętać? Twarz Marcina była pokryta brązową mazią, ale nos wyglądał na cały! Gdy fala paniki odpłynęła, poczułam smród. Brat wylądował twarzą w ogromnej kupie. Tak, dobrze usłyszałeś. Wielka sraka zamortyzowała uderzenie i ochroniła nos. Pomogłam gówniarzowi wstać. Smród był nieprawdopodobny, podobnie jak wielkość ekskrementów, które zesłała nam Opatrzność. Zdjęłam z głowy braciszka szydełkowy, czerwono-biały berecik, dzieło mojej mamy, i otarłam nim twarz. Ruszyliśmy do domu. Ja przodem, a brat z tyłu. Wmówiłam mu, że właśnie przeszedł test na Apacza, a prawdziwy „Indianiec”, żeby wygrać z „komwbojami”, musi pozostawać w cieniu.

Wspaniale jest być dzieckiem!

Nikt nie wypomni ci, że mnożysz wszystko przez dwieście, przesadzasz, albo demonizujesz. Możesz opowiadać niestworzone historie i jeszcze pogłaszczą cię po główce za wyobraźnię.

Zdałam sobie sprawę, że każdy, kto pisze ma w dłoni licencję na wymyślanie i dzięki temu nigdy nie pozwoli umrzeć temu dziecku, które nosi w sobie.

Ależ się rozpisałam… Wracam do mojej fantastycznej powieści, jestem w połowie drugiego aktu. Wciągnęłam się już w klimat  i losy bohaterów do tego stopnia, że nie potrafię się oderwać i szkoda mi czasu na sen. Ale spać trzeba, bo sen regeneruje mózg, co powtarzam całkiem na serio, mojemu dziecku.

Do napisania.

Fantastyczna powieść

 

16-07-09-028

Dzisiaj, w środę trzeciego sierpnia dwa tysiące szesnastego roku oficjalnie zabrałam się za pisanie najnowszej powieści. Tekst powstanie na bazie niedoszlifowanego scenariusza dramatycznego, z którym nie wyrobiłam się na konkurs.

Skopiowałam trzydzieści cztery strony  teksu do nowego pliku. Podoklejałam szczegółowy opis  scen i właśnie miałam zapisać  plik – który ochrzciłam wcześniej „Dieta cud – powieść fantastyczna” – kiedy naszło mnie olśnienie.

„Dieta cud – fantastyczna powieść”  przeklepałam szyk wyrazów.

Skoro mam pisać w czasie urlopu, przesiedzieć upał na tyłku w zaduchu mojej kanciapy, a we wrześniu nie móc się  pochwalić opalenizną, ani wyrobioną w trakcie pływania muskulaturą, to niech przynajmniej  powstanie dzieło nadzwyczajne! 😉

Trzymaj kciuki, proszę.

Do napisania

 

 

 

Knuję

 

osiedle

Od trzech tygodnie kombinuję jak ulepszyć scenariusz. Niewiele piszę. Koryguję dialogi, porządkuję plan i knuję.

W burzy mózgi pomaga mi codzienne pływanie. W porze niepisania, maszeruję na plażę.

Rozbierałam się do stroju, siadam na ręczniku i wypalam papierosa, podglądając i podsłuchując. Walczę ze sobą, żeby wleźć do zimnej wody Genewskiego.

Najgorsze jest zawsze pierwsze piętnaście minut pływania. Ziąb paraliżuje, przez te cholerne fale zaraz się utopię. Wrzask małolata wskakującego z tratwy do wody wyostrza moje zmysły, oszołom w płetwach nachlapał mi w oczy. Świetnie, teraz na dodatek nic nie widzę.

Skurwielu, myślę. Żeby to się więcej nie powtórzyło, odpowiadam na przeprosiny.

Glony wyrastają już ponad lustro wody. Rdestnica połyskująca, albo wywłócznik kłosowy muska mój brzuch i nogi. Pajęczyny obumarłych gonów zawieszają się na szyi, odgarniam je, ale nie chcą się odczepić. Udaje mi się wreszcie uwolnić się z pułapki. Larwy kaczych pcheł znów urządzą sobie na mnie stołówkę… Co ja tu robię?!

Głębokość maksymalna, przypominam sobie fakty, 308,99 m, średnia 154 m, gdyby wpuścić do jeziora całą ludzkość świata, dane z 2007 roku, poziom wody podniósłby się zaledwie o 70 cm. A niech mnie, to się nazywa wolność i przestrzeń!

Po kwadransie zamieniam się w maszyną do pływania. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem, Woda staje się aksamitna, srebrzyste fale napływają z boku i zapadają się pode mną, jakby chciały mnie sobą otulić. Obłoczek przybrał kształt rajskiego ptaka. Prześliczne dziewczyny na tratwie i śmieją się z dowcipów śniadego przystojniaka. W tę i z powrotem, starsza dama opala się topless na szczycie pomostu, podziwiam ją za odwagę. W tę i z powrotem, w tę i z powrotem, uwielbiam pływać!

Mewa przysiadła na bojce i gapi się na mnie przechylając głowę. Podpływam bliżej, ptak podnosi się do lotu, pozostawiając po sobie odchody.

Już wiem! Scenariusz napiszę w przerwach, z materiału o diecie cud zrobię powieść! 🙂

Do napisania.

Dieta cud

IMG_20160612_183733855

Nie zdążę napisać mojego dramatu komediowego i wysłać pocztą (w czterech egzemplarzach) przed upływem trzydziestego czerwca. Właśnie się z tym pogodziłam, dlatego zwalniam tempo.

Jeżeli uda mi się to dzieło skończyć w formie dramatu, podeślę tekst znanym aktorom, taki sposób rekomenduje Piotr Wereśniak. Już wyobrażam sobie współpracę z Panią Krystyną Jandą 🙂

Jesśi  polegnę na scenariuszu, zrobię z Diety cud powieść. Może moje zdrowe przepisy zmienią oblicze świata 😉

Zbieram się na mecz Polski z Ukrainą. POLSKA GOLA!  <3

Do napisania.