Latający dywan (W dziewięćdziesiąt dni dookoła świata)

Szóstego listopada kupiłam sobie dywan. Od tego czasu przez dwa miesiące krążył między nadawcą z Kielc, a magazynem w Komornikach. Tak jakby obdarzony intuicją nie chciał wyjechać z Polski.

Kiedy wrócił do Kielc po raz czwarty, zaczęłam na własną rękę szukać przewodnika. Znalazłam, ale po trzech dniach odmówił dostawy. Dywan był pechowy, powinnam odkręcić tę transakcję…

Tymczasem zgłosił się kolejny przewoźnik. Dogadaliśmy się, dostawa miała do mnie dotrzeć za cztery dni. Nareszcie!

W Davos odbywało się forum, Donald Tramp wylądował w Szwajcarii. Astrologowie przepowiadali błękitno-krwawy księżyc, Angelina Jolie ubrana jedynie w czarną suknię z koronki przecięła wstęgę na otwarciu tamy na Alasce.

W czterech  słowach: minęło kolejnych sześć dni.

Zapytałam przewoźnika, co z moim dywanem.

„Jutro dostarczą, proszę się nie martwić.”

„Nie martwić się?”

Następnego dnia odebrałam kolejną wiadomość:

„Dywan wraz z kierowcą ciężarówki został uwięziony na szwajcarskiej granicy. Damy znać, kiedy sprawa się wyjaśni.”

„Uwięziony?!”, wybuchnęłam histerycznym śmiechem.

Minął następny tydzień.

Wracałyśmy do domu. W dzielnicy roiło się od żandarmerii i policji, nigdy nie widziałam takiej akcji w okolicy.

– Mamo, pewnie wiozą nam ten dywan – zażartowała córka.

Obie wybuchnęłyśmy śmiechem. Gdzież tam śmiechem, zarykiwałam się tak, że musiałam zatrzymać auto, bo nie byłam w stanie przejechać ostatnich metrów.

W mojej torebce rozdzwonił się telefon. Córka uznając, że oszalałam, odebrała połączenie. Wyłam ze śmiechu, a po policzkach płynęły mi łzy.

– Mamo, za piętnaście minut przywiozą nam ten dywan!

Wiadomość mnie otrzeźwiła. Czy chciałam  dostać ten dywan? Jak nic podpali mi dom, zarazi migreną, albo reumatyzmem!

Teksty w podobnym klimacie:

Kroniki rodzinne. Wywiadówka.

W poszukiwaniu ZEN, część pierwsza.

W poszukiwaniu ZEN. Część druga

W poszukiwaniu ZEN. Część trzecia.

Zapraszam do lektury.

Adrenalina adrenalina adrenalina

 

Moją najnowszą obsesją stało się „włażenie” na ośmiotysięczniki. Zaczęło się od niewinnego reserachu na potrzeby krótkiego opowiadanka, to miała być komedia.

Prześledziłam relacje z kilkudziesięciu wspinaczek. Na początek chciałam zorientować się na jakich wysokościach rozmieszczone są kolejne bazy, wciągnęłam się topografię terenu.

Przestudiowałam czym jest choroba wysokościowa, odma mózgu i płuc, skąd biorą się halucynacje tak częste na dużych wysokościach.

Dlaczego wpinacz irracjonalnie włazi wyżej, choć kończy mu się tlen, energia i czas. To nie tylko droga do samobójstwa. To morderstwo! Bo naraża na śmierć przewodników, Sherpów. A oni zrobią wszystko, żeby wspinacz dopiął celu. Zahartowani w życiu na wysokościach. Ich organizmy produkują ogromne ilości czerwonych ciałek krwi, wielkie serca pozwalają pompować krew w nadzwyczajnym tempie, utrzymują przy życiu w ekstremalnie rozrzedzonym powietrzu, w ekstremalnym zimnie i na ekstremalnych wysokościach.

Ich wielkie serca…

To Sherpowie targają i ustawiają drabiny na ruchomym lodowcu, pionowo i poziomo, instalują liny poręczowe. To oni zakładają poszczególne obozy, targając na plecach tony żarcia, garów, dziesiątki butli gazowych i tlenowych, rozkładane krzesła i stoły, przenośne telewizorki w osobistych bagażach wspinaczy. Krążą z dołu w górę i z powrotem po kilka razy dziennie.

Wreszcie wpinają kołkami liny na sam szczyt i wracają do obozu, na kolację, na kilka godzin snu, aby od rana asystować wspinaczom w podboju Mont Everestu.

To Sherpowie w strefie śmierci zdejmują ze swoich dłoni rękawice, aby zainstalować wspinaczom nowe butle tlenowe. Ryzykują odmrożenie palców. Wielkie serca nie pozawalają im pozostawić na stoku umierających wspinaczy.

Znieść chorych i rannych nie sposób. W tak rozrzedzonym powietrzu kilogram wydaje się ważyć cztery.  Stoki  pod kątami niemalże prostymi, pogoda zmienna, ledwo udaje się zejść samemu, nie ma tu miejsca na nosze.

Tymczasem zapada zmrok, a z nim siarczysty mróz, nie ma czym oddychać, wiatr kąsa twarze i płuca mroźnymi igłami, wyciska z oczu łzy. Woda w termosach zamarzła. Dłonie, nawet kiedy porusza się pacami w rękawicach, pieką z wyziębienia. Krew przestaje krążyć, traci się czucie w palcach stóp i stopach. A Sherpowie kiwając się w podmuchach arktycznego wiatru czuwają przy umierającym. Gdy odejdzie, schodzą w dół, o ile nie usną z wyziębienia i przeżyją. Każda godzina na wietrze, w mrozie i bez odpowiedniej ilości tlenu, bez wody, o głodzie oznacza wyrok śmierci. Sherpowie są twardzi, ale nie są niezniszczalni.

Dlaczego ryzykują własne życie?

„Jeżeli ja nie wejdę, będzie musiał wchodzić mój syn”, powiedział Sherpa Puma, który po raz czternasty już zszedł z Mont Everestu.

Bo wleźć, to nie jest sztuka. Osiemdziesiąt procent wspinaczy traci życie przy schodzeniu.

„Nie chciałam wiedzieć, że on tam wszedł, czekałam na wiadomość, że udało mu się zejść”, wyznała żona himalaisty pogrzebanego żywcem.

Tymczasem Sherpa inkasuje pięć tysięcy dolarów i wraca do rodzinnej wioski, aby pomóc żonie w przekopywaniu przydomowego ogródeka. W naszych kategoriach stałby się bohaterem, tam, w Tybecie chłopina zwyczajnie wrócił z roboty do domu.

Przeczytałam relacje ofiar odmrożeń. Obejrzałam zdjęcia dłoni po amputacji palców. Rąk po amputacji dłoni z namiastkami palców wyhodowanymi na końcu łokcia.

„Mogę swobodnie Googlować”, stwierdził pozbawiony kończyn uczestnik feralnej ekspedycji.

Ofiary lawin, ofiary własnych ambicji.

Setki martwych ciał przykrytych plandekami namiotów, tęcza kolorów śmierci, czy też tęczowy cmentarz? Niektóre z ofiar wspinaczki nie są przykryte i stanowią checkpointy. Jeden z tych punktów orientacyjnych nazwano „obozem zielonych butów”. Hinduski wspinacz, kolejna ofiara Mont Everestu, ma na stopach zielone buty. Łatwo je zauważyć w powodzi skał i bieli.

Tym razem kamera pokazuje odmrożoną twarz żywego trupa. Rosyjski himalaista nie był w stanie zejść o własnych siłach, więc ekipa pozostawiła go umierającego kilkadziesiąt metrów od szczytu. Bez wody, bez maski tlenowej… na pewną śmierć. W ciągu dwóch dni umierającego minęło czterdziestu wspinaczy.

„Myśleliśmy, że nie żyje, albo odpoczywa”, powiedzieli reporterom.

W obliczu kolejnej śmierci, tym razem polskiego himalaisty, musiałam dowiedzieć się, co motywuje ludzi do wspinaczki. Koleżanka przeprowadziła dla mnie ankietę wśród wspinaczy. Dziękuję za ten kawał roboty.

A oto lista motywacji:

1. Adrenalina adrenalina adrenalina
2. Chęć zobaczenia co jest po drugiej stronie tę
czy… 
3. Jeżeli się nie zorasz na maksa to nie wiesz ze żyjesz – największy szacun mam dla następujących przypadków: tzn z powodu skrajnego przemęczenia oraz wysokości doprowadzasz swój organizm do wymiotów, zawrotów głowy, potwornej migreny, temu wsz
ystkiemu zawsze towarzyszą obtarcia, wyziębienie, wygłodzenie, dobrudzenie, brak snu i w zasadzie braku wszystkiego, u niektórych na dużych wysokościach pojawiają się halucynacje i mimo tego idziesz do przodu aż w końcu stajesz na szczycie – to są prawdziwi hirosi!
4. Oderwanie się od rzeczywistości
5. Chęć sprawdzenia siebie
.
6. Pokonywanie granic
.
7. Chęć schudnięcia
.
8. Dla kasy
.
9. Dla zdjęć
.
10. Dla zabójczych widoków….
11. Z mił
ości.
12. Spełnienia marzeń
.
13. Dla świeżego powietrza
.
14. Zakład
.
15. Wolność
.
16.
Dla spokoju świętego…braku zasięgu komórkowego…cha cha cha
17. Wiatru w skrzydłach po osiągnięciu szczytu
.
18. Odkrywanie świata
.
19. Radzenie sobie z problemami na dole – świetny psychiczny reset
.
20. Przygoda…szczególnie jeś
li kończy się wezwaniem helikoptera…co poniektórzy wiedzą o czym piszę i niestety z autopsji… i nie ma to nic wspólnego z nieostrożnością, mamo!
21. Większej wyporności – pomocna sprawa dla maratończyków i vice versa itp, itd…
22. Wypicie piwa w odpowiednim miejscu
[uśmiech] ?
23. Poznanie fajnych ludzi
. [uśmiech]

Latać czy nie latać?

 

To kolejny już dzień z rzędu, kiedy czytam o pasażerze linii lotniczych odprawionym z kwitkiem, bo założył na siebie kilka warstw ciuchów, zamiast płacić za nadbagaż.

Dowcipnego, a  w swoim pojęciu niesubordynowanego pasażera, najpierw pozbył się Easy Jet, a następnego dnia w jego ślady poszły British Airlines.

Dlaczego działalność przewoźników lotniczych sprowadza się do uprzykrzania życia pasażerom?

W bagażu osobistym nie można już wnieść  tubki pasty do zębów jeżeli jej pojemność przekracza 100 ml; odżałować nie mogę wiecznej odsiewki kosmetyków, bo znormalizowany plastikowy worek nie domyka się na centymetr; – Po co pani tyle kremów, na jak długo pani leci? „Na trzy dni”, myślę. Głośno: – Ja się pana o wiek nie pytam!; a co z próżniowo pakowaną kapustą kiszoną, czy słoiczkiem ogórków kiszonych od mamy; zjedli przynajmniej czy zwyczajnie wyrzucili na śmietnik?!

Buteleczka wody na lotnisku kosztuje pięciokrotność ceny supermarketowej

Przewoźnicy, niech się pasażerowie ubierają w kolejne warstwy ubrań. Idźcie za ciosem, zróbcie z tego konkurs piękności. W nagrodę wystarczyłby dezodorant w kulce, albo pamiątkowe zdjęcie z polaroidu.

Poczucia humoru!, życzę.

Do napisania

Haruki, mój nowy przyjaciel

Od kiedy poznałam Haruki Murakami, rozkochałam się w jego poczuciu humoru i przywiązaniu do detalu. Znam dzielnice, po których porusza się metrem. Zwiedziłam Tokio ubiegłego roku latem i poczułam się tam  jak w domu.  Pokochałam dobroć Japończyków  i ich troskę o moje dobre samopoczucie. Mają na tym punkcie prawdziwą obsesję 😉

Od czasu mojego „romansu” z Harukim, z uporem stachanowca polecam jego książki znajomym.

Dawno też nie pisałam. Wena niby dobijała się do mnie, ale nie przepchała się przez lufcik. Dzisiaj wpadła do mnie kuchennymi drzwiami.  Miało być krótko, wyszło dłużej, ale i tak jestem zadowolona, że udało mi się popłynąć. Historia zdarzyła się naprawdę. Niewiele musiałam tu zmyślać, tym łatwiej opisywało mi się rzeczywistość.

Udanej lektury: Rozstania i powroty

Do napisania

Kasia

 

Kroniki rodzinne. Wywiadówka.

Najpierw na szkolnej auli przez godzinę wysłuchuję przemowy dyrektora, a następnie walę pod klasę, żeby poznać nauczycielkę mojej córki.

Grupa rodziców zgromadziła się pod zamkniętymi drzwiami. Czekamy w ostrym świetle jarzeniówek, w ciszy trawiąc dyrektorskie rewelacje. Napięcie rośnie. Wyrywam się i podając rękę wszystkim kolejno przedstawiam się jako mama. Od kiedy urodziłam dziecię przestałam być sobą, stałam się bezimienną mamą Natalki.

Wyciągam dłoń do faceta wspartego na kulach. Po chwili dopiero dociera do mnie, że jak facet rymnie, będzie na mnie. Podchodzę bliżej i gładzę jego nadgarstek.

Nadejście nauczycielki budzi mnie z amoku. Nauczycielka staje w drzwiach i wyciąga do nas kolejno rękę, odwzajemniamy uścisk, przedstawiając się jako rodzice.

Zaglądamy pod blaty stolików, żeby stwierdzić czy siadamy na miejscach naszych dzieci. Tak nas wytrenowano. Podpisy na kajetach umieszczonych na półeczce pod ławką są tak niechlujnie nabazgrane, że tylko nieliczni szczęśliwcy identyfikują krzesełka swoich dzieci. Reszta poddaje się i siada gdzie popadnie.

Tu następuje przemowa nauczycielki. W odróżnieniu od tych mniej zdolnych, które trafiły na peron ogólny, nasze dzieci wsiadły do Intercity pędzącego do liceum. Rozglądamy się, uśmiechamy do siebie. Tak oto rodzi się prawdziwa wspólnota.

Czyjaś mama pyta dlaczego słowniki do niemieckiego przyszły tak późno i jakim cudem jej córka ma się nauczyć czterech stron słówek na czwartek.

Tu głos zabiera czyjś tata.

– Słowniki przyszły czternaście dni temu, dokładnie tyle wystarczy na nauczenie się takiej ilości materiału. – Dzieli czas wolny swojego dziecka przez minuty, a potem mnoży przez ilość słówek. Potęguje i całkuje przez czas własny poświęcony na odpytanie. Jak ocalić przed obłędem dzieciaka tego taty?!

Mama chwilowo skretyniałej córki, zaczyna się tłumaczyć:

– Ona była zawsze tak samodzielna…

– Czy państwa dzieci nie są przeładowane nauką? – Nauczycielka wchodzi w słowo rozgorączkowanej mamie.

Wszystkich nas boli, że mama pogrzebała swojego dzieciaka. W obawie o pogrążenie własnych nie odpowiadamy na prowokacyjne pytanie nauczycielki.

Zaprzyjaźniona mama Iksa, wymięta i zmęczona przebiera nogami pod biureczkiem. Już ubiegły rok, od którego zależała świetlista przyszłość naszych dzieci wszyscy odczuliśmy na własnych skórach. Mąż zarzucał mi wręcz, że zachowuję się jak klawisz w obozie pracy.

Mama Iksa coraz szybciej przebiera nogami. Idę jej na ratunek:

– Do odrobienia zadań z fizyki – mówię szczerze – zasiadamy całą rodziną. – Mama Iksa rozluźnia się. – Pomaga nam też astrofizyk z sąsiedztwa. – To przerysowanie dla podkreślenia efektu.

W istocie sąsiad jest fizykiem molekularnym, operuje na potęgach ujemnych, ale z dodatnimi też sobie świetnie poradził. Zapamiętuję, żeby kupić polisę ubezpieczeniową dzieciakowi – dobre wino dla sąsiada.

– Rozmawiałam z dziećmi nie czują się przeciążone. – Nauczycielka wycofuje się postawionej tezy i spogląda na zegarek.

Pakujemy nasze notatniki i żegnamy się z nauczycielką, podając dłoń przypominamy czyimi jesteśmy rodzicami.

Przez chwilę biję się z myślami, czy przedstawić się pozostałym nauczycielom mojej córki.

Stoją w holu pod słupami oznaczonymi symbolami klas, w których uczą. Przypomina mi ten obrazek scenę z targu niewolników.

Ostatecznie żegnam się wylewnie z rodzicami innych dzieci i wychodzę w noc. Dobiega dwudziesta pierwsza.

Dlaczego jak tak idiocieję na wywiadówkach? Wy też tak macie?

Do napisania

Co dalej?

Co roku, kiedy w metryce przybywa mi kolejnych trzysta sześćdziesiąt dni z hakiem zaczynam zastanawiać się co będzie dalej.

Tym razem, na pourodzinowym kacu, moje dywagacje nabrały rozmachu. Zaczęłam zastanawiać się nad przyszłością nie tylko swoją, ale całej naszej planety 😉

To opowiadanie dedykuję wszystkim moim bliższym i dalszym znajomym, którzy wczoraj, 5 września 2017 roku, pamiętali o mojej rocznicy, poświęcając mi  kilka chwil swojego jedynego być może życia.

Dziękuje Wam, kochani. Cieszę się, że jesteście  <3

To taki mały upominek dla Was:  Rok 2084

Miłej lektury i…

do napisania 🙂

Bogini

To opowiadanie napisało się samo. Nie wyszło tak jak miało wyjść, bo nigdy nie wychodzi. Najgorsze jednak jest to, że opowiadanie wcale nie jest śmieszne, a napisałam je na konkurs komediowy. W stresie się spinam ;(

A może to publice oceniającej teksty zabrakło poczucia humoru?

Sam oceń. Zapraszam do lektury Boginii

Do napisania

W poszukiwaniu ZEN. Część trzecia.

Po dwóch godzinach przesiadek z metra do metra, a potem już pociągiem dotarliśmy do Yugawary. Rozkłady jazdy zmieniają się z minuty na minutę, zgrać się ich nie da, podobnie jak map Japonii. Dlatego będąc w zasięgu netu zrobiliśmy zdjęcie i pędem ruszyliśmy na stację metra. Na jedną z przesiadek spóźniliśmy się, mimo pewnego stażu wciąż trudno się nam połapać w liniach metra. Pod opiekę wzięli nas usłużni miejscowi i przekazując z rąk do rąk „dowieźli” do celu.

Pisałam wcześniej, że Yugawara to połączenie Zakopanego z Międzyzdrojami, tak mi przyszło do głowy, ale prawda jest taka, że nigdy nie byłam w Zakopanem. Natomiast potężne budynki hoteli kojarzą mi się z tym z francuskiego kurortu narciarskiego Val Thorens. Ciemne jednolite bryły wtulone w zbocza gór z takim pomyślunkiem, że nasze czwarte piętro znajdowało się na szczycie stoku. Wystarczyło minąć trzy pary drzwi sąsiadujących z naszym pokoi, żeby znaleźć się w naturalnych termach.

Już przy wejściu do hotelu obsługa w ukłonach odebrała nam buty i przydzieliła trzy pary identycznych rozmiarów kapci. Co ciekawe w odróżnieniu od Tokio na prowincji nikt nie włada angielskim. Znajomość języka sprowadza się do kilku grzecznościowych zwrotów. Porozumiewaliśmy się za pomocą gestów, scenek pantomimy improwizowanych na prędce, prostych angielskich słów, z takim samym skutkiem, gdy przerzucaliśmy się na polski lub z rozpędu francuski.

Już przy wejściu do hotelu złapałam przedziwną nić porozumienia z roześmianym bojem. Oboje równie często wybuchaliśmy śmiechem i z takim samym entuzjazmem zachwycaliśmy się wystrojem hotelu. Wskazywałam palcem wydawałam z siebie przeciągłe łałłł i klaskałam w dłonie jak mała dziewczynka. Podpatrzyłam te użyteczne gesty w Tokio.
„Mój przyjaciel”, jak określał naszego boya mój mąż, nasyłając mnie na niego z każdą wątpliwością, okazał się zadziwiająco bystry i pomocny, a ilekroć widywaliśmy się na korytarzach wybuchał na mój widok radosnym śmiechem. Śmiałam się i ja, choć zapewne z innych powodow, ale co mi tam.

Japońskie termy, onseny, mają to do siebie, że panowie i panie korzystają z nich osobno. Pomijając ręczniczek, którym niewiele dałoby się przysłonić, byłam goła jak święty turecki. Moja wstydliwa nastolatka unikała kąpieli z innymi paniami. Za każdym razem szłam na zwiady, wyczekiwałam momentu, kiedy ostatnia dama opuści termę i pędziłam na złamanie karku po Natalkę, która czekała przy dystrybutorze z wodą. Tłumaczyłam Nat, że panie są wyjątkowo dyskretne, nie witają się, bo nie przyglądają się nikomu i same wstydliwie unikają czyjegokolwiek wzroku. Odnosiło się wrażenie, że ktoś był obok, ale jakby niewidzialny i ślepy. Dopiero kiedy wszystkie siedziałyśmy w wodzie zamoczone po szyje panie zdawały się dostrzegać współtowarzyszki, ale też dyskretnie… Zdawało mi się, że było w tym jakieś zaskakujące połączenie sympatii z rezerwą.

Kolacje i śniadania jadaliśmy w prywatnym saloniku w drugim skrzydle hotelu, przeważnie wciąż ubrani w szlafroki kąpielowe, parując od moczenia się we wrzących siarczanach w dodatku w samym środku tropikalnego lata. Wchodziliśmy do salki oznaczonej naszym nazwisku, siadaliśmy na krzesełkach, już nie na poduszkach, ale te były tak niskie jakby zaprojektowane dla starszych przedszkolaków.
Do stołu podawała nasza własna prawie gejsza. Dań było tak dużo, że trudno je było zliczyć w dodatku tak różnorodnych, że jeden posiłek dostarczał więcej składników odżywczych niż całe opakowanie Centrum od A do Z.

Po kolacji wracaliśmy do naszego pokoju. Jakże odmienionego. Na tatami rozłożono dla nas trzy materace i pościelono. Dochodziła dwudziesta pierwsza, a ja odniosłam wrażenie, że cofnęłam się w czasie, znalazłam na koloniach letnich w Resku, a wychowawczyni ogłosiła ciszę nocną.
Niziutki stolik, który w ciągu dnia znajdował się po środku pokoju otoczony poduszkami do siedzenia, wciśnięto pod ścianę. Siadałam więc w wiklinowym foteliku w naszym zimowym ogródeczku z książką, zaniepokojona, że ktoś przyłapie mnie na bojkotowaniu ciszy nocnej i zada wymyślną karę.
Po porannych termach śniadanie złożone z wędzonych ryb, jaj każdego dnia na inny sposób (np. jajo w koszulce podawane w rosole ukraszonym szczypiorem, kilka rodzajów zup zagęszczonych ichnią żelatyną (agar agar), między zupami pojawiały się przystawki z sashimi, kiszonych warzyw (Japończycy kiszą absolutnie wszystko, a do tej pory sądziłam, że Węgrzy są w tej sztuce mistrzami), sera z mleka zwierzęcego nie podawali, za to zawsze pojawiała się kosteczka tofu w najróżniejszych stadiach fermentacji. Trudno nam było się przyzwyczaić do zapachu surowych ryb o poranku, a przełknięcie ich na śniadanie przyszło nam z łatwością dopiero trzeciego dnia.

Po powrocie ze śniadania zastawaliśmy pokój uprzątnięty z materacy ze stołem i poduszkami przesuniętymi w centralny punkt. Z czasem zaczęłam zmieniać zdanie o dyskrecji Japończyków. Wciąż ktoś wpadał do pokoju, nie racząc nawet zapukać. Przynosił nam kolejny dzbanek zimnej lub gorącej wody, albo wypytywał kiedy wychodzimy, żeby posprzątać pokój. „Materacowi” najwidoczniej nie zajmowali się porządkami, a fakt, że musi być posprzątane nie podlegał negocjacjom.
Na yugawarskiej plaży nie na miłośników opalania, za to w wodzie roi się od surferów. Nie miałyśmy desek, pojęcia jak się ich używa, ani gdzie można wypożyczyć. Dlatego rzucałyśmy się na fale bez podpórki, dając się porwać, przeturlać po piasku, wciągnąć pod wodę, aż przed oczami pojawiał się wielki błękit, a bąble powietrza wydostające się z naszych płuc przelatywały przed naszymi twarzami. Drobinki wulkanicznego czarnego piachu wdarły się w materiały naszych bikini tak skutecznie, że stroje nadawały się już tylko do wyrzucenia.

Każdy dzień w Yugawarze wyglądał podobnie. Po ruchliwym Tokio i zwiedzaniu wszystkiego i wszędzie cudnie było odnaleźć rutynę. Termy, śniadanie o ósmej, spacer nad morze, zwiedzanie supermarketów celem upolowania obiadu. wizyty w lokalnych sklepikach i rozmowy na migi z właścicielami. Jednym z nich okazał się „warszawiak”, bezzęby staruszek snuł po japońsku długą opowieść o Warszawie, pomyśleliśmy, że zapewne odwiedził polską stolicę w dobrych zamiarach, ale pewności mieć nie mogliśmy. Ilekroć mijaliśmy sklep „warszawiaka” snuliśmy domysły: może facet wcale nie był turystą, ale widział miasto z kokpitu bombowca Technische Nothilfe?

Do hotelu wróciliśmy godzinę przed kolacją, znów termy, orgia smaków od dziewiętnastej do dwudziestej z groszem, materacu nakryj się, potem termy i lektura, a tu niespodzianka. Dochodzą mnie odgłosy z piekła rodem, takie dźwięki mógł wydawać osobnik powieszony na ruszcie, podgrzewany żywym ogniem, ktoś u kresu życia, wył… niemiłosiernie, rozrywająco! Zesztywniała poderwałam się z tatami, posiedź na podłodze godzinę, a sam zobaczysz, że to niełatwe, wypadłam z pokoju, wyminęłam kapcie i na bosaka poleciałam za hałasem! Może nie było za późno!
Przed drzwiami sali konferencyjnej stała niezliczona ilość kapci. Impreza? W try miga pojęłam mój błąd. Karaoke!
Dłuższą chwilę spędziłam na ławeczce w pobliżu sali bankietowej, przysłuchując się wokalom. Im gorszy solista, tym większy wzbudzał aplauz widowni.

Przy ostatnim śniadaniu w Yugawarze mąż wpadł na genialny pomysł:
– Gdybyśmy zdecydowali się w domu na spanie na materacach, można by zrezygnować z dodatkowych pokojów. Znaleźć mniejsze mieszkanie…
Spojrzałam wymownie na faceta, który przejawia podobną do mojej niechęć do porannego ścielenia łóżka i zaśmiałam się wrednie.
Tu jak zwykle w sprawach praktycznych głos zabrała Nat, skarbnica porad na każdą okoliczność:
– Mamo, wiesz, że nieścielenie łóżka jest zdrowe – mówiła z wyraźnym entuzjazmem – w nocy człowiek się poci, lęgną się bakterie, a takie niepościelone prześcieradło i rozkopaną kołdrę wyczyszczą promienie UV.
Przytakuję, uwaga ma sens.
Zaległa cisza, więc mąż podejmuje rozgrzebany wątek:
– To nie jest takie głupie, wystarczy zejść na śniadanie, a materace się posprzątają; wracasz z kolacji i zastajesz je pościelone.

Do następnego razu, Japonio!