Kroniki rodzinne. Wywiadówka.

Najpierw na szkolnej auli przez godzinę wysłuchuję przemowy dyrektora, a następnie walę pod klasę, żeby poznać nauczycielkę mojej córki.

Grupa rodziców zgromadziła się pod zamkniętymi drzwiami. Czekamy w ostrym świetle jarzeniówek, w ciszy trawiąc dyrektorskie rewelacje. Napięcie rośnie. Wyrywam się i podając rękę wszystkim kolejno przedstawiam się jako mama. Od kiedy urodziłam dziecię przestałam być sobą, stałam się bezimienną mamą Natalki.

Wyciągam dłoń do faceta wspartego na kulach. Po chwili dopiero dociera do mnie, że jak facet rymnie, będzie na mnie. Podchodzę bliżej i gładzę jego nadgarstek.

Nadejście nauczycielki budzi mnie z amoku. Nauczycielka staje w drzwiach i wyciąga do nas kolejno rękę, odwzajemniamy uścisk, przedstawiając się jako rodzice.

Zaglądamy pod blaty stolików, żeby stwierdzić czy siadamy na miejscach naszych dzieci. Tak nas wytrenowano. Podpisy na kajetach umieszczonych na półeczce pod ławką są tak niechlujnie nabazgrane, że tylko nieliczni szczęśliwcy identyfikują krzesełka swoich dzieci. Reszta poddaje się i siada gdzie popadnie.

Tu następuje przemowa nauczycielki. W odróżnieniu od tych mniej zdolnych, które trafiły na peron ogólny, nasze dzieci wsiadły do Intercity pędzącego do liceum. Rozglądamy się, uśmiechamy do siebie. Tak oto rodzi się prawdziwa wspólnota.

Czyjaś mama pyta dlaczego słowniki do niemieckiego przyszły tak późno i jakim cudem jej córka ma się nauczyć czterech stron słówek na czwartek.

Tu głos zabiera czyjś tata.

– Słowniki przyszły czternaście dni temu, dokładnie tyle wystarczy na nauczenie się takiej ilości materiału. – Dzieli czas wolny swojego dziecka przez minuty, a potem mnoży przez ilość słówek. Potęguje i całkuje przez czas własny poświęcony na odpytanie. Jak ocalić przed obłędem dzieciaka tego taty?!

Mama chwilowo skretyniałej córki, zaczyna się tłumaczyć:

– Ona była zawsze tak samodzielna…

– Czy państwa dzieci nie są przeładowane nauką? – Nauczycielka wchodzi w słowo rozgorączkowanej mamie.

Wszystkich nas boli, że mama pogrzebała swojego dzieciaka. W obawie o pogrążenie własnych nie odpowiadamy na prowokacyjne pytanie nauczycielki.

Zaprzyjaźniona mama Iksa, wymięta i zmęczona przebiera nogami pod biureczkiem. Już ubiegły rok, od którego zależała świetlista przyszłość naszych dzieci wszyscy odczuliśmy na własnych skórach. Mąż zarzucał mi wręcz, że zachowuję się jak klawisz w obozie pracy.

Mama Iksa coraz szybciej przebiera nogami. Idę jej na ratunek:

– Do odrobienia zadań z fizyki – mówię szczerze – zasiadamy całą rodziną. – Mama Iksa rozluźnia się. – Pomaga nam też astrofizyk z sąsiedztwa. – To przerysowanie dla podkreślenia efektu.

W istocie sąsiad jest fizykiem molekularnym, operuje na potęgach minusowych, ale z dodatnimi też sobie świetnie poradził. Zapamiętuję, żeby kupić polisę ubezpieczeniową dzieciakowi – dobre wino dla sąsiada.

– Rozmawiałam z dziećmi nie czują się przeciążone. – Nauczycielka wycofuje się postawionej tezy i spogląda na zegarek.

Pakujemy nasze notatniki i żegnamy się z nauczycielką, podając dłoń przypominamy czyimi jesteśmy rodzicami.

Przez chwilę biję się z myślami, czy przedstawić się pozostałym nauczycielom mojej córki.

Stoją w holu pod słupami oznaczonymi symbolami klas, w których uczą. Przypomina mi ten obrazek scenę z targu niewolników.

Ostatecznie żegnam się wylewnie z rodzicami innych dzieci i wychodzę w noc. Dobiega dwudziesta pierwsza.

Dlaczego jak tak idiocieję na wywiadówkach? Wy też tak macie?

Do napisania

Co dalej?

Co roku, kiedy w metryce przybywa mi kolejnych trzysta sześćdziesiąt dni z hakiem zaczynam zastanawiać się co będzie dalej.

Tym razem, na pourodzinowym kacu, moje dywagacje nabrały rozmachu. Zaczęłam zastanawiać się nad przyszłością nie tylko swoją, ale całej naszej planety 😉

To opowiadanie dedykuję wszystkim moim bliższym i dalszym znajomym, którzy wczoraj, 5 września 2017 roku, pamiętali o mojej rocznicy, poświęcając mi  kilka chwil swojego jedynego być może życia.

Dziękuje Wam, kochani. Cieszę się, że jesteście  <3

To taki mały upominek dla Was:  Rok 2084

Miłej lektury i…

do napisania 🙂

Bogini

To opowiadanie napisało się samo. Nie wyszło tak jak miało wyjść, bo nigdy nie wychodzi. Najgorsze jednak jest to, że opowiadanie wcale nie jest śmieszne, a napisałam je na konkurs komediowy. W stresie się spinam ;(

A może to publice oceniającej teksty zabrakło poczucia humoru?

Sam oceń. Zapraszam do lektury Boginii

Do napisania

W poszukiwaniu ZEN. Część trzecia.

Po dwóch godzinach przesiadek z metra do metra, a potem już pociągiem dotarliśmy do Yugawary. Rozkłady jazdy zmieniają się z minuty na minutę, zgrać się ich nie da, podobnie jak map Japonii. Dlatego będąc w zasięgu netu zrobiliśmy zdjęcie i pędem ruszyliśmy na stację metra. Na jedną z przesiadek spóźniliśmy się, mimo pewnego stażu wciąż trudno się nam połapać w liniach metra. Pod opiekę wzięli nas usłużni miejscowi i przekazując z rąk do rąk „dowieźli” do celu.

Pisałam wcześniej, że Yugawara to połączenie Zakopanego z Międzyzdrojami, tak mi przyszło do głowy, ale prawda jest taka, że nigdy nie byłam w Zakopanem. Natomiast potężne budynki hoteli kojarzą mi się z tym z francuskiego kurortu narciarskiego Val Thorens. Ciemne jednolite bryły wtulone w zbocza gór z takim pomyślunkiem, że nasze czwarte piętro znajdowało się na szczycie stoku. Wystarczyło minąć trzy pary drzwi sąsiadujących z naszym pokoi, żeby znaleźć się w naturalnych termach.

Już przy wejściu do hotelu obsługa w ukłonach odebrała nam buty i przydzieliła trzy pary identycznych rozmiarów kapci. Co ciekawe w odróżnieniu od Tokio na prowincji nikt nie włada angielskim. Znajomość języka sprowadza się do kilku grzecznościowych zwrotów. Porozumiewaliśmy się za pomocą gestów, scenek pantomimy improwizowanych na prędce, prostych angielskich słów, z takim samym skutkiem, gdy przerzucaliśmy się na polski lub z rozpędu francuski.

Już przy wejściu do hotelu złapałam przedziwną nić porozumienia z roześmianym bojem. Oboje równie często wybuchaliśmy śmiechem i z takim samym entuzjazmem zachwycaliśmy się wystrojem hotelu. Wskazywałam palcem wydawałam z siebie przeciągłe łałłł i klaskałam w dłonie jak mała dziewczynka. Podpatrzyłam te użyteczne gesty w Tokio.
„Mój przyjaciel”, jak określał naszego boya mój mąż, nasyłając mnie na niego z każdą wątpliwością, okazał się zadziwiająco bystry i pomocny, a ilekroć widywaliśmy się na korytarzach wybuchał na mój widok radosnym śmiechem. Śmiałam się i ja, choć zapewne z innych powodow, ale co mi tam.

Japońskie termy, onseny, mają to do siebie, że panowie i panie korzystają z nich osobno. Pomijając ręczniczek, którym niewiele dałoby się przysłonić, byłam goła jak święty turecki. Moja wstydliwa nastolatka unikała kąpieli z innymi paniami. Za każdym razem szłam na zwiady, wyczekiwałam momentu, kiedy ostatnia dama opuści termę i pędziłam na złamanie karku po Natalkę, która czekała przy dystrybutorze z wodą. Tłumaczyłam Nat, że panie są wyjątkowo dyskretne, nie witają się, bo nie przyglądają się nikomu i same wstydliwie unikają czyjegokolwiek wzroku. Odnosiło się wrażenie, że ktoś był obok, ale jakby niewidzialny i ślepy. Dopiero kiedy wszystkie siedziałyśmy w wodzie zamoczone po szyje panie zdawały się dostrzegać współtowarzyszki, ale też dyskretnie… Zdawało mi się, że było w tym jakieś zaskakujące połączenie sympatii z rezerwą.

Kolacje i śniadania jadaliśmy w prywatnym saloniku w drugim skrzydle hotelu, przeważnie wciąż ubrani w szlafroki kąpielowe, parując od moczenia się we wrzących siarczanach w dodatku w samym środku tropikalnego lata. Wchodziliśmy do salki oznaczonej naszym nazwisku, siadaliśmy na krzesełkach, już nie na poduszkach, ale te były tak niskie jakby zaprojektowane dla starszych przedszkolaków.
Do stołu podawała nasza własna prawie gejsza. Dań było tak dużo, że trudno je było zliczyć w dodatku tak różnorodnych, że jeden posiłek dostarczał więcej składników odżywczych niż całe opakowanie Centrum od A do Z.

Po kolacji wracaliśmy do naszego pokoju. Jakże odmienionego. Na tatami rozłożono dla nas trzy materace i pościelono. Dochodziła dwudziesta pierwsza, a ja odniosłam wrażenie, że cofnęłam się w czasie, znalazłam na koloniach letnich w Resku, a wychowawczyni ogłosiła ciszę nocną.
Niziutki stolik, który w ciągu dnia znajdował się po środku pokoju otoczony poduszkami do siedzenia, wciśnięto pod ścianę. Siadałam więc w wiklinowym foteliku w naszym zimowym ogródeczku z książką, zaniepokojona, że ktoś przyłapie mnie na bojkotowaniu ciszy nocnej i zada wymyślną karę.
Po porannych termach śniadanie złożone z wędzonych ryb, jaj każdego dnia na inny sposób (np. jajo w koszulce podawane w rosole ukraszonym szczypiorem, kilka rodzajów zup zagęszczonych ichnią żelatyną (agar agar), między zupami pojawiały się przystawki z sashimi, kiszonych warzyw (Japończycy kiszą absolutnie wszystko, a do tej pory sądziłam, że Węgrzy są w tej sztuce mistrzami), sera z mleka zwierzęcego nie podawali, za to zawsze pojawiała się kosteczka tofu w najróżniejszych stadiach fermentacji. Trudno nam było się przyzwyczaić do zapachu surowych ryb o poranku, a przełknięcie ich na śniadanie przyszło nam z łatwością dopiero trzeciego dnia.

Po powrocie ze śniadania zastawaliśmy pokój uprzątnięty z materacy ze stołem i poduszkami przesuniętymi w centralny punkt. Z czasem zaczęłam zmieniać zdanie o dyskrecji Japończyków. Wciąż ktoś wpadał do pokoju, nie racząc nawet zapukać. Przynosił nam kolejny dzbanek zimnej lub gorącej wody, albo wypytywał kiedy wychodzimy, żeby posprzątać pokój. „Materacowi” najwidoczniej nie zajmowali się porządkami, a fakt, że musi być posprzątane nie podlegał negocjacjom.
Na yugawarskiej plaży nie na miłośników opalania, za to w wodzie roi się od surferów. Nie miałyśmy desek, pojęcia jak się ich używa, ani gdzie można wypożyczyć. Dlatego rzucałyśmy się na fale bez podpórki, dając się porwać, przeturlać po piasku, wciągnąć pod wodę, aż przed oczami pojawiał się wielki błękit, a bąble powietrza wydostające się z naszych płuc przelatywały przed naszymi twarzami. Drobinki wulkanicznego czarnego piachu wdarły się w materiały naszych bikini tak skutecznie, że stroje nadawały się już tylko do wyrzucenia.

Każdy dzień w Yugawarze wyglądał podobnie. Po ruchliwym Tokio i zwiedzaniu wszystkiego i wszędzie cudnie było odnaleźć rutynę. Termy, śniadanie o ósmej, spacer nad morze, zwiedzanie supermarketów celem upolowania obiadu. wizyty w lokalnych sklepikach i rozmowy na migi z właścicielami. Jednym z nich okazał się „warszawiak”, bezzęby staruszek snuł po japońsku długą opowieść o Warszawie, pomyśleliśmy, że zapewne odwiedził polską stolicę w dobrych zamiarach, ale pewności mieć nie mogliśmy. Ilekroć mijaliśmy sklep „warszawiaka” snuliśmy domysły: może facet wcale nie był turystą, ale widział miasto z kokpitu bombowca Technische Nothilfe?

Do hotelu wróciliśmy godzinę przed kolacją, znów termy, orgia smaków od dziewiętnastej do dwudziestej z groszem, materacu nakryj się, potem termy i lektura, a tu niespodzianka. Dochodzą mnie odgłosy z piekła rodem, takie dźwięki mógł wydawać osobnik powieszony na ruszcie, podgrzewany żywym ogniem, ktoś u kresu życia, wył… niemiłosiernie, rozrywająco! Zesztywniała poderwałam się z tatami, posiedź na podłodze godzinę, a sam zobaczysz, że to niełatwe, wypadłam z pokoju, wyminęłam kapcie i na bosaka poleciałam za hałasem! Może nie było za późno!
Przed drzwiami sali konferencyjnej stała niezliczona ilość kapci. Impreza? W try miga pojęłam mój błąd. Karaoke!
Dłuższą chwilę spędziłam na ławeczce w pobliżu sali bankietowej, przysłuchując się wokalom. Im gorszy solista, tym większy wzbudzał aplauz widowni.

Przy ostatnim śniadaniu w Yugawarze mąż wpadł na genialny pomysł:
– Gdybyśmy zdecydowali się w domu na spanie na materacach, można by zrezygnować z dodatkowych pokojów. Znaleźć mniejsze mieszkanie…
Spojrzałam wymownie na faceta, który przejawia podobną do mojej niechęć do porannego ścielenia łóżka i zaśmiałam się wrednie.
Tu jak zwykle w sprawach praktycznych głos zabrała Nat, skarbnica porad na każdą okoliczność:
– Mamo, wiesz, że nieścielenie łóżka jest zdrowe – mówiła z wyraźnym entuzjazmem – w nocy człowiek się poci, lęgną się bakterie, a takie niepościelone prześcieradło i rozkopaną kołdrę wyczyszczą promienie UV.
Przytakuję, uwaga ma sens.
Zaległa cisza, więc mąż podejmuje rozgrzebany wątek:
– To nie jest takie głupie, wystarczy zejść na śniadanie, a materace się posprzątają; wracasz z kolacji i zastajesz je pościelone.

Do następnego razu, Japonio!

W poszukiwaniu ZEN. Część druga

 

Wciąż w Tokio

W Japonii sprzedają między innymi słodycze, które należy sobie zrobić samemu. Kilka saszetek proszku, jakichś płynów, foremki i po odpowiednim zmieszaniu składników otrzymuje się produkt finalny. Wszystko jak zwykle w miniaturce, ale co dziwi najbardziej nic się nie marnuje, bo składniki i foremki są idealnie dobrane.
To właśnie łakocie „zrób to sam” stanowiły inspirację naszej japońskiej wycieczki. Powinniśmy zacząć od słodyczy.
Aż tu nagle okazało się, że mąż nie może namierzyć laptopa, pal licho komputer, ale w etui były nasze paszporty!
Po dedukcji doszliśmy, że nasze dokumenty musiały zgubić się na lotnisku.
Zabraliśmy ze sobą nasz przenośny internet, był na wyposażeniu mieszkania można taki ewentualnie pożyczyć na lotnisku, albo kupić gdzieś kartę internetową, natomiast dzwonić z zagranicznych telefonów nie da się z Japonii. Przez Skype udało się dodzwonić do punktu lotniskowej informacji, który właśnie przekierował nas do odpowiedniego organu, podczas gdy ja w duchu prosiłam, żeby to był departament rzeczy znalezionych, a nie zagubionych.
Opatrzność mnie wysłuchała.
Tym razem metrem i pociągiem dojechaliśmy na lotnisko, przemiły młody człowiek sporządził dwustronicowy dokument, dowód naszego roztargnienia.
Po serii czołobitnych skłonów z naszej strony wyrażających mieszaninę ulgi i wdzięczności ruszyliśmy w miasto.
Targ rybny w Tokio to mekka turystów, tyle że trzeba się tam stawić o drugiej nad ranem lokalnego czasu, żeby wziąć udział w przetargu na gigantycznych rozmiarów okazy tuńczyka i innych morskich potworów.
W rejonie znajduje się masa restauracji, a bliskość targu gwarantuje świeżość produktów. Potem okazało się, że świeższe niż te w restauracjach są te sprzedawane w supermarketach. Tyle że mówię o skali japońskiej, bo tu wszystko jest świeże i nawet zwykłe krewetki smakują jak nasz homar.

Wybraliśmy lokal z pismem obrazkowym, tj. ze zdjęciami serwowanych dań. Traf chciał, że były pod nimi i angielskie opisy. W większości lokali na witrynach wystawione są plastikowe próbki jedzenia. Przed wyjazdem nasłuchałam się legend o znajomych znajomych, którzy przez dwa tygodnie nie wiedzieli, co jedli. Moim zdaniem łatwo się w tym zorientować, pomijając drobne wpadki, w mojej misie kawioru znalazły się znienawidzone przeze mnie jeżowce, obrzydlistwo! To moja wina chciałam spróbować tego „pomarańczowego”, bo na zdjęciu wyglądało apetycznie.
Właściciel knajpy w jakimś bliżej nieokreślonej przeszłości wygrał przetarg na ogromniastego tuńczyka, informacja o tym wiekopomnym wydarzeniu co i rusz pojawiała się na monitorze telewizora umieszczonego nad stanowiskami kucharzy. Leciało po japońsku, ale odczytanie radości widocznej na twarzy krępego facecika w białym fartuchu nie wymagało tłumacza.
Po wrażeniach dnia, wciąż na jet lagowym haju odleciałam. Pokochałam ten kraj kraj; ludzi, którzy odnaleźli nasz komputer i przekazali w dobre ręce; moment, w którym wchodzi się do klimatyzowanej restauracji, a kelner stawia na stole dzban wody z lodem (wodę dają w lokalach za darmo, w niektórych także zieloną herbatę); kelner podaje gorące ręczniczki do przemycia dłoni (twarzy nie wypada wycierać w restauracji); widok dań na talerzach innych gości zapowiadał orgię smaków. Polubiłam przesympatycznego kucharza, który obsługiwał naszą trójkę; zimne piwo, słabe z kategorii babskich; tutaj nic złego zdarzyć się nie mogło. Trafiliśmy do raju, a z jet lag’iem wreszcie się dogadamy.
W wybornych nastrojach najedzeni po uszy, a wręcz czoła, opuściliśmy lokal, aby wrócić do bazy.
Tylko… i tu pytanie zawisło w powietrzu:
– Gdzie my, do diabła, mieszkamy?!
Mąż w popłochu wyjął z kieszeni komórkę, bateria się wyczerpała!
– Spokojnie, ja to załatwiałam, muszę mieć adres w mailu – uspokoiłam.
Zaczęłam szukać i w tym momencie siadł nasz przenośny internet, wyczerpała się bateria.
Nie było powodów, żeby wpadać w panikę, cóż to, że dochodziła dwudziesta druga i mieliśmy się wcześniej położyć, przecież byliśmy na wakacjach. Wystarczyło znaleźć jakiś supermarket, czy sklep sieciowy, tam na pewno będą mieli internet.
Znaleźliśmy sklep. Złapałam sieć. Cudownie, wystarczyło zaakceptować cokolwiek, czego ode mnie żądali i będziemy w domu.
– Zostało mi 14 procent baterii, a wszystkie instrukcje po japońsku! – Moje wakacyjne wyluzowanie, zaczęło odpływać.
– Czy mogę w czymś pomóc – zapytał, trzymający się prosto sześćdziesięciolatek w okularach w złotych oprawkach, odprasowanej błękitnej koszuli, bardzo zadbany.
– Tak! – krzyknęliśmy unisono.
Nasz dobroczyńca nie znał się na internecie, ale ze stoicką cierpliwością tłumaczył japońskie napisy, a kiedy wreszcie udało się wlogować, co trwało lata całe, zaczęłam szukać maili z adresem naszego przybytku, tylko, że ich tam nie było. Musiałam je wykasować. Wcięło. Bateria zaczęła piszczeć ostrzegawczo, zaraz i mój telefon miał dokonać żywota.
Co teraz?! Byliśmy bliscy rozpaczy. Dobrze, że udało mi się wysłać Nat do supermarketu, żeby sobie „pozwiedzała”, przynajmniej ona nie musiała się martwić.
– Laptop! – przypomnieliśmy sobie o odnalezionej zgubie.
Miał baterię, co graniczyło z kolejnym cudem, w dodatku był na nim adres naszej bazy. Trzeba było przejść na nowo procedurę wlogowywania się po japońsku. Z czasem okazało się, że Seven Eleven ma najfajniejszy serwis, wystarczy znaleźć się w zasięgu ich netu i już działa.
Mniej więcej po godzinie udało nam się wreszcie ustalić gdzie mieszkamy. Nasz uradowany dobroczyńca zaoferował się, ze odprowadzi nas do stacji metra. Podejrzewałam, że ogromną ulgę przyniosłoby mu nie tylko odprowadzenie nas do metra, ale wręcz pod drzwi naszej bazy, choć od domu dzieliła nas godzina podróży.
Nagle cały stres opadł z nas i znów wstąpił zew przygody. Nie chcieliśmy jeszcze wracać.

Dobroczyńca odszedł wyraźnie urażony, nie zamierzał tego ukrywać, choć po mojemu on chyba nie potrafiłby niczego udawać.
Jak do diaska ten naród dał się wplątać w rozruchy wojenne? Powiedzmy, że wystarczyło posłuszeństwo i wiara w autorytety. Ale Japończycy byli ponoć bardzo okrutni, a tego to co nimi kierowało, zupełnie nie potrafię ogarnąć.

Do napisania

P.S. O zniszczonych strojach kąpielowych na yugawarskiej plaży w następnej części wyprawy.

W poszukiwaniu ZEN, część pierwsza.

 

Kolega namówił mnie do napisania wspomnień z Japonii. Wahałam się. Spędziłam tam dwa tygodnie, ale prawdę mówiąc niewiele poznałam z mentalności Japończyków. Nie znam języka, nie mogłam podsłuchiwać rozmów, choć wieczorne wiadomości nadzwyczajnie przypominały te nasze europejskie, trochę polityki; ekonomii; miliony tokijczyków w basenach miejskich pływalni, jedni pływacy trącali głowami o stopy drugich, tak bardzo dały im się we znaki upały, że dla odmiany tłoczyli się w wodzie; pandziątko, które urodziło się w zoo, wywiady z odwiedzającymi pandzią mamę „kawai” (*urocze), mówili wszyscy przesłuchiwani, z dziecięcym entuzjazmem, dla mnie grubo przesadzonym, jakby podsumowała Jane Austen – „wydawać by się mogło, że jedzą za dużo kremu”; tylko sporty inne: krykiet i sumo. I inna oprawa graficzna, nawciskane tam było wszystkiego, nad speakerem pod speakerem i po obu jego stronach roiło się od japońskich krzaczków i jakichś wykresów z wykrzaczoną numerologią zarówno na osi x jak i y.

Jak tu pisać o Japonii skoro zwiedziłam tylko Tokio i Yugawarę? Nie zrobiłam też gruntownego reaserchu.

Po kilku wieczorach spędzonych na przekopywania się przez net stwierdziłam, że chcę dać się zaskoczyć egzotyce, zanim oswoję się z nią zawczasu. Może to głupie, mogły ominąć mnie jakieś imprezy, które szykowano na czas mojego pobytu 😉 , ale trudno. Jak poznawać to na całego.

Tak oto w środku japońskiej nocy znaleźliśmy się w Tokio. Wykończeni podróżą postanowiliśmy wybulić za taksówkę i bezproblemowo dotrzeć do tokijskiego domu. W Tokio nie ma adresów, zaledwie jakiś numer i nazwa rezydencji. Mało tego mapy Tokio, ani w ogóle Japonii nie chcą się wgrywać w telefoniczną nawigację. Dopiero w trakcie pobytu okazało się, że kilka ulic jednak nazwano, ale tylko w nielicznych dzielnicach.

Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu, tym bardziej nie chcieliśmy ryzykować błądzenia po gigantycznym mieście z wykończoną trzynastolatką. Taksówkarz po dowiezieniu nas w naszą uliczkę przez dobre dwadzieścia minut bezinteresownie szukał naszego lokum. Czekał do momentu, kiedy udało nam się otworzyć zakodowany schowek na klucz, a wreszcie drzwi, dopiero kiedy upewnił się, że mamy gdzie spać, odjechał. Niesamowity facet, pomyślałam wtedy. Z czasem okazało się, że nie on jedyny.

Po dotarciu do mieszkania, rozłożeniu materacy na matach, wszystkie pochowane w szafie, pościeleniu leżanek, zmęczenie ze mnie opadło. Ciekawa świata pomaszerowałam do mijanego autem Seven Eleven, pokaż mi co jesz, a powiem ci kim jesteś 🙂

Na półeczkach, bo wszystko tam było w miniaturce, leżały wytwory z ryżu. Trójkąciki wielkości cztery na cztery i cztery centymetry, owinięte płatami z alg z nadzieniem łososiowym, tuńczykowym, kawiorowym, a nawet z dorsza. Sałatki w woreczkach o wymiarach dziesięć na dziesięć centymetrów, sushi w długich rulonikach, boczek pieczony pakowany w porcyjki po 25gram. Swoją drogą wieprzowiny jadzą tam prawie tyle, co ryb. Wszystko tak maleńkie, że najedzenie się do syta wymagałoby skompletowania co najmniej dziesięciu japońskich zestawików. Nie lubię ryżu na zimno, dlatego dorwałam się do boczku i miniaturowej porcji pomidorów, cztery cherry w paczuszce i pożarłam trzy dokładki zanim zapłaciłam. Mroczki migały mi przed oczami na widok barwnych napojów w wersji mini, którymi wypełniony był rząd dwudziestu lodówek, a gdzie woda?

Poprosiłam, o wskazanie mi lodówki z wodą. Sprzedawca z entuzjazmem dwunastolatka w półukłonie pobiegł do właściwej chłodziarki, wzięłam dwie dwulitrowe butle. Muszę mieć dużo wody, coś tu jest na rzeczy, ale nad tym niech zastanawiają się już moi biografowie 😉

Sprzedawca wciąż i wciąż kłaniał mi się w pas, a ja jako, że należę do osób grzecznych odkłaniałam się za każdym razem. Z czasem okazało się, że kłaniać się tam wypada, a wręcz trzeba, wszystkim i za każdym razem. Mało tego odniosłam wrażenie, że to to rodzaj potyczki na ukłony, do kogo należy ostatnie słowo… ups ukłon, ten zdaje się być górą.

Wracałam do „bazy” wąskimi uliczkami, nasz kierowca musiał złożyć lusterka boczne, żeby tam wjechać.

Zachwyciły mnie schodusie, drzwiczki i okienka japońskich domków, wszystko to rodem z Shoguna z Richardem Chamberlainem. Serio, pomijając bloki mieszkalne i rezydencje, też maleńkie, ale bardziej europejskie, architektura niczym nie różniła się od tej serialowej.

Następnego ranka posnuliśmy się z mężem w poszukiwaniu dobrej kawy, nie udało nam się takiej namierzyć do końca pobytu w Japonii. Próbowaliśmy nawet we włoskich knajpkach, ale bez sukcesu. Upał i zaduch były zresztą tak męczące, że szybko przerzuciliśmy się na kawę mrożoną, którą kupowaliśmy w vending maszynach, tych w Tokio jest masa, doszukałam się przed chwilą informacji, że na jedną przypada 23 tokijczyków, tokijczyków jest grubo powyżej 13 milionów, a roczny przychód z maszyn wynosi 60 miliardów dolarów. Mogą sobie doliczyć ekstra procent zysków za te nasze degustacje 😉

Po wielu próbach mąż odnalazł znośny smak w produkcie o nazwie Barista’s choice, bardzo przypominało to mieszaninę sosu sojowego z opiłkami metalu przyprawionego nutką gorczycy, ja po żmudnych poszukiwania trafiłam na Europeenne coffie, też w puszce, mniej opiłków, trochę jak kawa inka, aromatyzowana nutką oleju silnikowego 😉 O gustach się nie dyskutuje.

Od „dobierania” sobie kawy mieliśmy już mroczki przed oczami i ciśnienie grożące zawałem, kiedy córka, pozostawiona na bazie na dobrych pięć godzin, wreszcie się obudziła, dobiegała piętnasta.

W mieszkaniu, sklepach i wszystkich innych wnętrzach, włączając to środki transportu mieli klimatyzację. Wystarczyło jednak otworzyć drzwi, albo okno, aby poczuć oblepiający i duszący wilgocią gorąc. Robiąc skromniutki reaserch odkryłam, że temperatury w Tokio w lipcu wahają się w przedziale 20-30C. Wzięliśmy po jednej ciepłej bluzie, ale nie korzystaliśmy z nich. Dopisało nam szczęście.

Temperatura nigdy nie spadła poniżej 33C, a przez dwa dni przekroczyła 38C przy wilgotności powietrza 80 procent. Zanim poskładałam fakty i doszłam do tego, że mój reaserch okazał się zbyt optymistyczny obserwowałam tokijczyków, co drugi przysypiał w wagonach metra i wszyscy ocierali twarze, szyje, pachy i całych siebie chusteczkami. Takich ślicznych bawełnianych chusteczek, wzorzystych ręczniczków i dekoracyjnych szmateczek można znaleźć cały wybór od supermarketów po sklepy papiernicze.

Podobnie jest z wachlarzami, można je kupić wszędzie, ale niepotrzebnie, rozdawane są na każdym rogu jako reklamówki banków, sklepów i tym podobnych.

Uderzyła mnie elegancja Japonek. Moim zdaniem w dni powszednie przewyższały klasą paryżanki. Może to kwestia kultury, one zakrywają ramiona, dekolty przy niewielkim biuście nie wyglądają wulgarnie, spódnice i sukienki w takie upały są znacznie przewiewniejsze niż w spodnie. Z przyjemnością patrzyło się na te przeważnie filigranowej budowy kobiety w zwiewnych kreacjach.

Dopiero po kilku dniach zaczęłam dostrzegać egzemplarze biodrzaste i nie tak szczupłe jak twierdzi japońska legenda.

Wreszcie dobiegł weekend i eleganckie damy przeszły metamorfozę. Przebrały się za postacie z mangi w butach rodem myszka Miki, białych na wysokich grubych obcasach, z butów wystawały koronkowe skarpetki zakończone falbanką, dalej rozkloszowana przykusa miniówka, co druga kobieta ma tam krzywe nogi, jakby zsiadła z konia i wszystkie stawiają stopy do wewnątrz, może to kwestia kultury? nie dowiedziałam się tego. Falbaniasta bluzka i włosy uczesane w kitki przewiązane wielkimi kokardami. Zajadające lody albo naleśniki nadziane słodkościami zwinięte w rożki, watę cukrową, popijające napoje w kolorach tęczy. A wszystko to we wrzasku naganiaczy, ryku dochodzącym z kasyn (kilkupiętrowe wypełnione automatami do gier, oświetlone jak stadion piłkarski, wychłodzone klimatyzacją, przesiąknięte papierosowym dymem, a w żadnym z tych przybytków nie dostrzegłam wolnego miejsca).

Gdzie ten Zen, po który tu przyjechałam?, zadawałam sobie pytanie, dopóki nie pojechałam do Yugawary.

cdn

Do napisania

P.S. Japonki wcale nie mają takich małych stóp. One noszą buty za małe o jakieś cztery centymetry!

Już się tłumaczę

Dostałam dzisiaj upomnienie od przyjaciółki po piórze za to, że tak szkaradnie zaniedbałam mój blog, ale nade wszystko Ciebie mój wierny czytelniku.

Przyznam, że zrobiło mi się wstyd, dlatego już się się tłumaczę.

Po raz kolejny postanowiłam poprawić powieść „Kochanek żywy i martwy” stał się już zupełnie czym innym niż planowałam. Poprawiłam tę powieść ze specjalistą. Głównie zależało mi na tym, żeby się nauczyć pisania, dopiero w drugiej kolejności na tym wielokrotnie przeżutym dziele.

Wreszcie zaczynam zbierać plony, więc pewnie to poprawianie czegoś mnie jednak nauczyło 😉

Moje trzy krótkie opowiadania pojawiły się w maju na portalu Szortal, a opowiadanie Klinika, podrasowane, prawdopodobnie ukaże się w lipcowym Fabularie. Stuprocentowego potwierdzenia jeszcze nie mam, ale mam być dobrej myśli, choć teksty wcześniej zamówione przez wydawnictwo mają priorytet.

Posłałam Kochanka do kilku wydawnictw, się zobaczy 🙂

Napisałam dwa opowiadania na kafkowski konkurs Magazynu Histeria i jeszcze jedno opowiadanie na Fantazmaty, znów konkurs.

Ponadto wraz z końcem roku szkolnego nadszedł czas na żegnanie się na okres wakacji ze wszystkimi tymi, z którymi pożegnać się wypada ;).

Dlatego zaciskając zęby napiekłam frykasów na osiem szwedzkich stołów, wzięłam udział w sześciu koncertach, byłam na dwóch spektaklach teatralnych, odebrałam z obozu szkolnego dziecko, na szczęście z nogą lekko tylko skręconą, a od jutra pakuję walizy.

Jedziemy do Japonii.

Czuję, że tam wydarzy się akcja czegoś, o czym się filozofom nie śniło 😉

Życzę Ci wspaniałych wakacji!

Do napisania już wkrótce.

Bilans ostatnich dni

Trzy stusłówka o Warszawie, w których niewiele jest o tym mieście i rzecz mogłaby się właściwie dziać na Marsie.
Dwa opowiadania na konkurs komedia, niestety żadne z nich nie rozśmiesza wprost. Jedynie wnikliwa analiza dokonana przez czytelniczkę o nadzwyczajnie dociekliwej naturze, w dodatku czytelniczkę obdarzoną ponadprzeciętnym IQ, potwierdziła, że tekst ma charakter humorystyczny. Super! Jednak przepony nie zrywa. Smuteczek! ;( 
Dzisiaj na znak żłoby nad pogrzebanym poczuciem humoru kupiłam sobie czarną sukienkę.
Następnie zasiadłam do poprawiania powieści. Scena ma w zamyśle być tragiczna. Idę z trendem, skoro taki mam nastrój zamierzam go użyć.
Jak mi się to znów przewróci i wyjdzie komedia, to ubiorę się w tę sukienkę i na znak protestu dostanę zapalenia płuc. Ziąb u nas dzisiaj jak w psiarni.
Do napisania

Jak się pisze początek powieści?

Piętnaście razy napisałam pierwszą scenę. Jedna gorsza od drugiej. Przy szóstej wprawce nie kasowałam ot tak tekstu, byłam tak zdruzgotana swoją niemocą, że drukowałam cholerstwo, a następnie ostentacyjnie paliłam w kominku.
Wreszcie spłakałam się i taka zaryczana poszłam na długi spacer. Zastanawiałam się, jak do diaska pokazać tę bohaterkę w aktualnej sytuacji, w dodatku ten przeklęty  początek powieści powinien przypominać ogon pawia. Jak się pisze dobry początek?!
W przypływie weny wynotowałam sobie cechy bohaterki, które chciałam uwydatnić i znów zasiadłam przed klawiaturą. Napisałam szesnastą wersję.
Chciałam zapytać Cię, czy ta bohaterka zainteresowała Cię na tyle, że chciałbyś czytać o niej dalej.
Do napisania.
P.S. Od trzydziestej mniej więcej strony bohaterka, zdaniem mojego redaktora, jest interesująca. To słaby początek „spalał” moją powieść.

Droga przez mękę

 

W sprawie Kochanka zwróciłam się o pomoc do profesjonalisty.

Przyjaciele, moi zaufani beta readerzy bardzo mi pomogli, ale wciąż nie wiedziałam gdzie tkwił błąd, skoro żaden z ośmiu wydawców nie przysłał mi umowy wydawniczej.

Spuściłam głowę i zacisnęłam usta, spojrzałam na siebie w lustrze i stwierdziłam, że szkoda życia na unoszenie się dumą. Potrzebowałam mentora.

Drogowskazu, a wręcz dokładnych współrzędnych, jak dojść do celu.

Ponad miesiąc czekałam w kolejce, następnych kilkanaście dni na opinię i powieść z sugestiami poprawek na marginesach.

Przybita kompleksami, zamiast pisać, układałam puzzle. Czyżby miały stać się wypełniaczem mojego czasu? I tak do końca życia, aż oślepnę i furgolnę tym o ścianę?

Czytać też mi się nie chciało. Zamiast skupić się na treści, wynajdowałam błędy, nielogiczności, przyznając przed samą sobą, że szukanie dziury w całym jest podszyte zazdrością. Ich wydali, a mnie nie.

Tyle zmarnowanych godzin i to wszystko na nic? Kiedy ostatnio miałam czas na manicure? Mogłabym nauczyć się włoskiego. Wrócić do tenisa… klub jest za miedzą. Co noc śniła mi się sala tortur. Goła żarówka oślepiała, a kat zadawał wciąż to samo pytanie:

– Jak się nazywają twoi rodzice?!

Nie pamiętałam. Przymykałam oczy i przypominało mi się na kilka chwil, a potem znów padało pytanie, a odpowiedź ulatywała z mojej głowy.

Może zapisać się na kurs medytacji, wtedy przynajmniej lepiej by się spało?

Aż w końcu opinia o powieści przyszła na moją skrzynkę pocztową. Kliknęłam na plik, zanim się otworzył wyobraziłam sobie, jak biegam po korcie tenisowym wymachuję rakietą… czy jeszcze zmieszczę się w tamtą kusą sukienusię?

Plik się otworzył. Zaczęłam czytać:

Kasiu, muszę, niestety, stwierdzić, że pierwsze kilkanaście stron zupełnie mnie nie przekonało. To było naprawdę kiepskie. […] Przede wszystkim zaczynasz w złym momencie. […]W obecnej wersji powieść jest przegadana. […] Najgorsze jest gnanie z akcją, nie pozwoliłaś bohaterce zaistnieć, zanim włączyłaś ją w wir wydarzeń.

Zabrakło mi tchu. Gdzie ja wdekowałam rakietę? Kupię sobie nową sukienkę do tenisa, jak zaczynać to z klasą.

Wydrukowałam teks, zbiegłam do męża. Gdzieś po drodze kartki wypadły mi z dłoni i rozsypały się po schodach. Pozbierałam.

Jarek spojrzał na mnie pokiwał głową.

– Przeczytałaś!

– Tak – klucha stanęła mi w gardle.

Odebrał opinię i położył na stole. Pochylił się nad stronami.

– Wiem jak ty to odczytałaś, dlatego zwróć uwagę na to. Złapał za długopis i zaczął podkreślać:

„Materiał jest świetny. […] Widać dramat osoby. […] Gra toczy się o wielką stawkę. […] Tymczasem płynęły kolejne rozdziały, Kinga zaczęła lepiej rozumieć siebie, a ja zacząłem się naprawdę wciągać, byłem ciekaw, co będzie dalej. […] – ale całość się broniła, okazała się zajmująca, błyskotliwa […]. Problematyka jest interesująco przedstawiona (siła twórcza, niemal jak z „Krainy Chichów” Jonathana Carolla, a wszystko wyjaśnione przekonująco), w innych wątkach poruszasz równie ciekawą problematykę. […] widziałem ją  (bohaterkę) w działaniu, w bardzo konkretnej scenie, twardym środowisku.”.

Uprzątnęłam  dom od piwnicy po strych (półtoraroczne zaległości). Na tenisa nie tak łatwo się zapisać przy zimowym przepełnieniu. Kurs włoskiego mogłabym zacząć od trzeciej lekcji. Minęło kilka dni i dotarło do mnie, co właściwie powiedział mój mentor:

„Bohaterka sama zastanawia się nad sobą, więc nabiera charakteru”.

Tę złotą myśl wypaliłam sobie w mózgu złotymi literami.

Szkoda czasu na rozczulanie się nad sobą, bo roboty mam w huk i nikt tego za mnie nie zrobi, a czasu tak niewiele 🙂

Do napisania.